piątek, 22 września 2017

Sucha i wrażliwa skóra? Spękane usta? Zniszczone włosy? A co to jest?

Witajcie! Dzisiejszy post będzie straaasznie dłuuugi. Opowiem Wam jak pozbyłam się moich problemów z suchą oraz niezwykle wrażliwą skórą za pomocą ogólnodostępnych, drogeryjnych kosmetyków, kosztujących tak naprawdę niewiele. Wspomnę również o tym jak udało mi się odżywić moje farbowane włosy po wielu zabiegach rozjaśniających. Jeszcze do niedawna, moja twarz, ale również inne części ciała, źle reagowały na jakiekolwiek kremy nawilżające. Zdarzało się, że po nałożeniu nawet niewielkiej ilości balsamów skóra piekła jak poparzona, a rano cała się łuszczyła. Nie wyglądało to ładnie, moment robienia makijażu był torturą, bo po nałożeniu podkładu dodatkowo skóra zaczynała swędzieć. Sęk w tym, że jestem osobą, która nie wydaje fortuny na kosmetyki, wolę kupić nową płytę ulubionego zespołu, książkę czy grę komputerową niż jakiś kosmetyk. Jednak na początku września stwierdziłam, że koniec z tym.

Pierwszym produktem jaki zakupiłam był Żel-Krem do Mycia Twarzy z firmy Nivea. Jest on przeznaczony dla cery suchej i wrażliwej. Głęboko oczyszcza i nawilża, zawiera naturalny olejek migdałowy i HYDRA IQ. Producent wspomina, że świetnie łagodzi skórę i nadaje jej zdrowy wygląd. I w pełni się z tym zgadzam. Sam produkt bardziej przypomina krem, niż żel, ale już po kilku pierwszych użyciach zauważyłam znaczną poprawę, zaznaczę, że używam go jedynie rano, wieczorem myje twarz zwykłym mydłem i wodą. Po jakiś 3 dniach zapomniałam co to jest uczucie pieczenia po nałożeniu kremu nawilżającego na noc. Konsystencja nie jest ciężka, twarz jest naprawdę super oczyszczona i nawilżona. Używa się tego kremu dziecinnie prosto - na zwilżoną skórę nanosimy niewielką ilość produktu i wmasowujemy okrężnymi ruchami. Potem wystarczy oczyścić twarz letnią wodą. Za opakowanie 150 ml zapłaciłam około 8 zł. 





Następny produkt, który zakupiłam nie przypadł mi tak mocno do gustu jak poprzedni. Jest to Serum Nawilżające z Kolagenem z firmy Delia. Można używać na twarz, szyję oraz dekolt. Kolagen ma za zadanie wypełniać zmarszczki. Trzeba przyznać, że to serum naprawdę dobrze nawilża twarz, nie podrażnia, nie wywołuje pieczenia. Używam go zawsze na dzień. Niestety konsystencja dla mnie jest za ciężka. Przyznaje, że to jest pierwsze serum w moim życiu, ale według mnie ten produkt za wolno się wchłania. Czuję go na twarzy nawet po 2 godzinach od użycia. Teraz, kiedy siedziałam w domu, mi to bardzo nie przeszkadzało, ale za tydzień zaczynam studia i chyba ze stosowaniem serum przeniosę się na wieczór. Stosowałam ten produkt pod makijaż, ale w sytuacjach kiedy miałam czas, żeby się on ładnie wchłonął, a jak będę mieć godzinę na wyszykowanie się do wyjścia, no to przepraszam bardzo, ale to serum odpada. Mimo to, jest godny polecenia, bo nawilża dość dobrze. Za opakowanie 10 ml zapłaciłam około 12zł.




Teraz przeje może w końcu do moich kremów nawilżających. Przetestowałam ich naprawdę dużo i najbardziej przypadły mi do gustu te z firmy Ziaja. Aktualnie mam dwa; Krem Kojąco-Nawilżający do Skóry Atopowej oraz Naturalny Krem Oliwkowy do Cery Suchej i Normalnej. Pierwszy kupiłam w celu przetestowania, sprawdzenia jak wpłynie on na moją skórę, a poleciła mi go pani magister w aptece. Miało to miejsce zanim kupiłam ten żel-krem do mycia z Nivea. Pamiętam, że ten krem do skóry atopowej wywoływał u mnie straszne pieczenie, rano skóra zamiast być nawilżona to się łuszczyła. Wróciłam więc do kremu oliwkowego, który stosuje od lat i nigdy mnie nie zawiódł. Teraz kiedy używam również inne produkty do pielęgnacji twarzy obydwa kremy sprawdzają się jeszcze lepiej, ale chyba jednak zostanę przy tym oliwkowym i nie będę już niczego zmieniać ani testować. Cenowo wygląda to tak; oliwkowy o pojemności 50 ml kosztuje około 5/6 zł, a do skóry atopowej również za 50 ml musimy zapłacić około 12/13 zł.


Kolejny produkt również jest z firmy Ziaja i jest to Tonik Płatki Róży. Odświeża, nawilża, oczyszcza, łagodzi i świetnie tonizuje skórę, zawiera prowitaminę B5, a ponieważ jest to tonik z Ziaji, bardzo dobrze współgra z powyższymi kremami nawilżającymi. Lubię ten produkt ze względu na jego lekką formułę, po użyciu czuję się go jeszcze przez chwilę, dopóki się nie wchłonie (a dzieje się to szybko) i po jakiś 5 minutach mamy skórę gotową na dalsze zabiegi pielęgnacyjne. Naprawdę mam wrażenie oczyszczonej i odświeżonej skóry, mimo że mam go od niedawna. Za 200ml zapłaciłam niecałe 7 zł.


Przejdźmy teraz do suchych i spękanych ust. Na ten problem mam dwa rozwiązania - pomadka ochronna Hydro Intense z firmy AA oraz zwykła maść z witaminą A. Jeśli chodzi o pomadki ochronne to przetestowałam ich wiele szukając tej najlepszej. Hydro Intense ma ładny zapach wanilli, intensywnie nawilża, świetnie chroni skórę, a formuła z masłem shea bardzo dobrze ją regeneruje. Przeznaczona jest dla skóry wrażliwej i skłonnej do alergii. Przyznaje się bez bicia, że w ostatnim czasie mało jej używam, ponieważ zaczęłam częściej używać kolorowych szminek, ale to nie zmienia faktu, że jestem bardzo zadowolona z jej działania. Naprawdę niewielka jej ilość wystarczy, by porządnie nawilżyć i zregenerować usta. Drugim sposobem jest właśnie zwykła maść z witaminą A, którą stosuje na noc na usta, ale również pod oczy czy, od czasu do czasu, na całą twarz. Witamina A ma naprawdę wiele zastosowań w kosmetyce, bardzo dobrze wpływa na naszą skórę i dla mnie, ta maść, jest jedynym pewnym produktem. Wiem, że nie zawiedzie, nie zrobi mi krzywdy, a na pewno pomoże. 30g tej maści w aptece kosztuje mnie dosłownie parę złotych (ze 3/4?), pomadka 4,2g natomiast to koszt około 7/8zł. 


Sucha, spękana skóra to nie tylko twarz czy usta. To również ręce, które w okresie jesienno-zimowym należy szczególnie chronić. W tym celu używam kremu z firmy Garnier. Produkt zawiera alatoninę oraz glicerynę. Przeznaczony jest do suchej skóry rąk. Już po pierwszym użyciu widzę poprawę, wcześniej wierzch dłoni miałam suche, popękane. Co tu dużo mówić, na jesieni i w zimie musimy dbać o dłonie i ja ten krem kupuje. Nie zamienię go na żaden inny. Wchłania się nawet szybko, dłonie są tak fajnie nawilżone, wygładzone. Żaden krem do rąk nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Za opakowanie 100ml zapłaciłam niecałe 6 zł. 





Mój balsam do ciała to Głęboko Nawilżający Balsam z Neutrogeny. Poleciła mi go moja mama, a jak moja mama mi coś poleci, to jest to z pewnością dobre. I w tym przypadku również tak jest. Balsam ma lekką formułę, dzięki czemu szybko się wchłania, nie brudzi ubrań, a skóra jest nawilżona przez długi czas. Podoba mi się w nim również to, że niewielka jego ilość wystarczy, by posmarować duży obszar ciała. Zdecydowanie ten produkt polecam. Ten balsam jest najdroższą rzeczą w moim zestawieniu, bo opakowanie 300 ml to koszt około 22/24 zł.  Ale serio warto.




Teraz przejdziemy do mojej pielęgnacji włosów. Ogólnie rzecz biorąc miałam problemy ze skórą głowy, stosowanie szamponów takich jak Head & Shoulders czy Pantene tylko pogarszały sprawę. Postanowiłam przenieść się na szampony ziołowe, ale również słynny Radical okazał się być do duszy. Na szczęście dzięki babci poznałam szampony Babuszki Agafii i mimo, że stosuje głównie szampon syberyjski nr3. to nawet jeśli kupię inny, ale z tej samej firmy to nie stwarza mi on problemów. Wcześniej zmiana szamponu była koszmarem. Dodatkowo stosuję odżywkę syberyjską, o tym samym numerze. Ale nie o tych produktach chcę Wam opowiedzieć. Dziś pomówimy o odżywce w sprayu z Gliss Kur. Ja stosuje czerwoną, do włosów farbowanych. Formuła zawiera technologię 3D-COLOR-LUMINANCE i płynną keratynę. Chroni kolor, przeciwdziała blaknięciu. Z tym ostatnim to tak się mocno nie zgodzę, bo nigdy przenigdy nie uwierzę w szampony czy odżywki chroniące kolor. Nie zmienia to jednak faktu, że ta odżywka odżywia włosy, nadaje im blasku i ułatwia mi ich rozczesania. A włosy mam gęste i czasami, jak się zdarzy kołtun, to pozbycie się go jest istną torturą. Jedna uwaga; nie nakładajcie jej dużo, bo wtedy przeciążycie włosy. Na drugi dzień będą posklejane, jakby były brudne i przetłuszczone. Dużym plusem tej odżywki jest ładny zapach, czego nie mogę powiedzieć o szamponie i odżywce od Babuszki Agafii. Opakowanie 200ml kosztuje około 12 zł.




I na koniec mały bonus. Uniwersalny Krem Nivea. Mimo ciężkiej, gęstej konsystencji super nawilża, nadaje się do każdej części ciała. Ten krem to klasyk i tym, którzy jeszcze się do niego nie przekonali, serdecznie polecam. 60 ml to około 4zł. 




To by było na tyle jeśli chodzi o moją pielęgnacje. Jak widzicie wymienione przeze mnie produkty kosztują naprawdę niewiele, a ich działanie jest rewelacyjne i widoczne gołym okiem. Dodam jeszcze, że dla pełnej pielęgnacji robię sobie peeling z fusów kawy oraz paru kropel oliwy z oliwek. Naprawdę warto, spróbujcie. W Internecie znajdziecie na ten temat wiele informacji. Będę się już z Wami żegnać. Ciekawa jestem ile osób dotrze do samego końca, haha. Dajcie znać czy przetestujecie, któryś z kosmetyków. Cześć! ;)



sobota, 16 września 2017

Orkiestralne "Synthesis", czyli o nadchodzącym albumie Evanescence

Witajcie! Dzisiaj pomówimy o nowym, długo wyczekiwanym albumie zespołu Evanescence; SYNTHESIS. Zapraszam!


Zdania na temat tego albumu są podzielone - część fanów się cieszy, bo to w końcu coś nowego (ostatni krążek o tytule Evanescence został wydany w 2011 roku), ale dla reszty są to po prostu odgrzewane kotlety. Dlaczego? Większość utworów, które znajdziemy na płycie to stare kompozycje zespołu. Mówię "większość", ponieważ znajdziemy tam również dwa nowe utwory. Tak przedstawia się tracklista. Należy jednak pamiętać, że wydana zostanie również japońska wersja albumu, o lekko zmienionej liście utworów.


Główne założenia krążka to nowe, elektroniczno-orkiestrowe brzmienia wybranych kompozycji z poprzednich płyt. Aranżacje orkiestrowe razem z Amy Lee przygotowuje David Campbell. Po premierze albumu, fani mogą się spodziewać nowej trasy Evanescence z orkiestrą. Wokalistka Amy Lee następująco tłumaczy koncepcję Synthesis:

"Jest to synteza – zestawienie, kontrast, synergia organicznego i syntetycznego brzmienia, a także przeszłości i teraźniejszości.
Odzieramy naszą muzykę z przesterowanych gitar, rockowych bębnów i zastępujemy je orkiestrą oraz syntetycznym światem beatów i dźwięków. Przejrzeliśmy cały nasz katalog i wybraliśmy utwory, które stworzone są do takich aranżacji. Przerabiamy je od podstaw, z innymi tempami, innymi partiami, wstępami, zakończeniami i nowymi elementami. Zestawiamy z nich jedną wielką, klasyczną kompozycję, albo coś w rodzaju soundtracku. Pod wieloma względami brzmi to jak soundtrack do mojego życia."




Dodatkowo w utworze "Hi-Lo" będziemy mogli usłyszeć skrzypaczkę Lindsey Stirling.

Na dzień dzisiejszy możemy posłuchać dwóch nowych kompozycji z Synthesis


Kto z Was zamierza zapoznać się z tym wydawnictwem? Jesteście ciekawi nowych wersji znanych i kochanych utworów, takich jak "Bring Me To Life" lub "My Immortal"? 


piątek, 8 września 2017

"LIONHEART", czyli moje odkrycie roku 2017

Witajcie! Fani RPG zapewne już się domyślają o czym będzie dzisiejszy post. Nie będzie to żadna recenzja, mimo że dwie mam zaległe. Wieczór ten poświęcimy grom, w szczególności jednej. Ale zacznijmy od początku, historia ta nie jest długa. 

Ponad rok temu, mój młodszy brat otrzymał małe, zaczarowane pudełko, w którym znajdowały się dwie płyty. Płyty te zawierały, aż 6 gier! Były to Baldur's Gate I+II z dodatkami, Icewind Dale I+II z dodatkami, Planescape: Torment oraz nasze tytułowe Lionheart: Legacy of the Crusader. Młody jednak stwierdził, że i tak nie będzie w to grał, ponieważ on nie jest wielkim fanem RPG i w ten oto sposób stałam się właścicielką magicznego pudełka. Przyznam szczerze, że kurzyło się ono u mnie na półce dość długo, zanim postanowiłam przetestować zawartość. Ostatni miesiąc wakacji, więc mam za dużo wolnego czasu.





Idąc po kolei: żadna część Baldur's Gate nie chciała mi się zainstalować i nie pytajcie mnie dlaczego. W przypadku pierwszej części, po kliknięciu "Zainstaluj grę", laptop mi się wieszał, a potem wyskakiwało jedynie małe okienko z mym ukochanym "Error". Druga część za to instalowała się do połowy, potem był błąd i koniec. Jak mówiłam, nie wiem czemu tak się stało, nie jestem informatykiem, a ponieważ miałam jeszcze trzy inne tytuły do sprawdzenia, to za bardzo nie zagłębiałam się w ten problem. 

Icewind Dale: stworzyłam postać w pierwszej części i w sumie na tym się skończyło, bo gra tak się zacinała, że nic nie mogłam zrobić. Oczywiście olałam problem, przeszłam do kolejnych gier. 

Planescape: Torment: tutaj nareszcie mogłam się wykazać. Gra chodziła jak marzenie, z tym, że mnie zanudziła na śmierć. Grałam niecałe dwie godziny i już miałam jej dość. Wszystko rozpoczyna cinematic, w którym widzimy zombie pchającego ogromny, betonowy blok, na którym leży nasz bohater. Martwy. Cała scena jest przerywana wspomnieniami: widzimy twarz młodej kobiety, "nasza" ręka gładzi jej policzek i nagle ta młoda kobieta zamienia się w paskudne zombie. Potem widzimy "nasze" męskie odbicie w lustrze i również zmienia się ono w pomarszczone zombie, o niepokojąco niebieskim kolorze skóry. Wracamy do ciemnego pomieszczenie i naszego martwego bohatera, który nagle zaczyna poruszać palcami dłoni. Zombie zostawia nas w tym dziwnym pomieszczeniu i zawraca. W tym właśnie momencie zaczyna się rozgrywka. Podlatuje do nas czaszka, o imieniu Morte, z regału pełnego czaszek, nazywa nas "szefem" i tłumaczy nam, że jesteśmy w kostnicy, gdzie rządzą Grabarze, a służą im właśnie zombie. Okazuje się, że na plecach mamy wytatuowane wskazówki; znaleźć dziennik i odszukać pewną osobę. Wszystko fajnie, tylko nasz bohater nic nie pamięta. Pierwszym zadaniem jest wydostanie się z kostnicy, która ma jedynie trzy poziomy. Obeszłam wszystkie, sprawdzałam co się dało i po niecałych dwóch godzinach miałam dość. Byłam znudzona, a od tego mrocznego klimatu, tych otwartych ciał (tak, na podobnych kamiennych blokach leżały ciała w trakcie sekcji), niepokojącej muzyki i dziwnych odgłosów robiło mi się już niedobrze. Chyba mam za słabą psychikę, ostatnio się strasznie wrażliwa zrobiłam i wyje na każdej smutnej scenie (bez różnicy czy to książka czy film, przy filmach jest gorzej) oraz przy każdej smutnej piosence. 


W końcu możemy przejść do głównego tematu dzisiejszego posta, czyli Lionheart: Legacy of the Crusader. Ta gra spodobała mi się już po samym opisie. Podczas Trzeciej Wyprawy Krzyżowej, na którą w 1192 roku wyruszył król Anglii, Ryszard Lwie Serce, pewien zdrajca namówił władcę do zamordowania około 3 tys. wziętych w niewolę ludzi Saladyna, co doprowadziło do ukończenia rytuału, który spowodował istny kataklizm. Powstało Rozdarcie, tysiące demonów i innych potworów zaczęło przenikać do naszego świata. Duchy zaczęły opętywać ludzi, dając im magiczne zdolności. Ryszard Lwie Serce i Saladyn, walcząc od teraz ramię w ramię, starali się wypędzić bestie, ale siły wroga były zbyt silne. I tak, przenosimy się do alternatywnego XVI wieku, 400 lat po kataklizmie. Jesteśmy potomkiem Ryszarda Lwie Serce, tajemniczy asasyni chcą nas zabić, ale ratuje nas... Leonardo Da Vinci. Tak, w tej grze możecie spotkać wybitne historyczne postacie renesansu, Da Vinci, Szekspir czy Galileo. Wynalazca zabiera nas do Nowej Barcelony, gdzie stacjonują trzy najsilniejsze frakcje: Templariusze, Rycerze Saladyna i Inkwizycja, która jest najgorsza, bo strasznie prześladuje osoby posiadające magiczne zdolności, a jak takich dopadną to zabierają ich do swoich lochów i torturują. Naszym głównym zadaniem na początku gry jest dołączenie do jednej z frakcji. Dodatkowo możemy się dowiedzieć, że Hiszpania zamierza zaatakować Anglię, ponieważ królowa popiera magiczne praktyki. Ogólnie rzecz biorąc, bardzo się wciągnęłam. Na razie jestem na etapie przyłączania się do Templariuszy i wykonuje całe mnóstwo misji pobocznych, jednocześnie próbując podnieść poziom postaci, bo czasami bywa ciężko. Zapomniałam wspomnieć, że w tej grze również tworzymy własną postać; wybieramy płeć, imię, klasę oraz gatunek i umiejętności. To ostatnie sprawiło mi kłopot, bo nigdy nie grałam w coś, gdzie się tworzyło postać (a Simsy się nie liczą) i nie za bardzo wiedziałam jak powinnam rozłożyć punkty umiejętności. Ale oczywiście poszłam w siłę, ochronę i zwinność. Po co komu charyzma czy inteligencja. 

Wiem, że strasznie się rozpisałam, miał to być post o Lionheart, a opisałam wszystkie gry z pudełka. Z góry przepraszam, że tyle musicie czytać, ale mam nadzieję, że mi wybaczycie. Może kogoś uda mi się zachęcić do sięgnięcia, po którąś z gier... Kto wie? Na razie się z Wami żegnam, możecie się niedługo spodziewać dwóch kolejnych recenzji książek z uniwersum Warcrafta, autorstwa Christie Golden. Życzę Wam dobrej nocy, cześć!

 

piątek, 25 sierpnia 2017

Christie Golden - Arthas. Przebudzenie Króla Lisza - recenzja.

"Mój synu... W dniu, w którym się urodziłeś, po same krańce lasów Lordaeronu, szeptano imię... Arthas."

Tymi słowami rozpoczyna się cinematic dodatku do World Of Warcraft - Wrath of the Lich King. Jednak dzisiaj nie będzie pogadanki o grze, skupimy się na powieści autorstwa wspaniałej Christie Golden "Arthas. Przebudzenie Króla Lisza". Książka miała premierę w Polsce 2 sierpnia, tego roku.

Przedstawiona przez Golden historia opowiada o Arthasie Menethilu, synu Terenasa Menethila II, księciu Lordaeronu, dziedzicu tronu. Mamy do czynienia z dzieciństwem bohatera, latami młodzieńczymi oraz jego wewnętrzną przemianą. Wierni fani świata Azeroth zapewne domyślają się, że chodzi o wydarzenia przedstawione w grach Warcraft III: Reign of Chaos oraz Warcraft III: The Frozen Throne, kiedy to dzielny i prawy książę, paladyn, zabija swego ojca i zmienia się w Rycerza Śmierci, Czempiona Plagi. Nie bez powodu również na samym początku wspomniałam o dodatku do WOW'a Wrath of the Lich King. Po pierwsze; Arthas Menethil, już jako Król Lisz, był tam głównym przeciwnikiem. Po drugie; powieść wprowadza do dodatku. Co to znaczy? Opisuje wydarzenia sprzed fabuły, a kończy się sceną, która rozpoczyna cinematic WOTLK, chodzi tu o tytułowe przebudzenie Króla Lisza.

Budowa książki jest bardzo ciekawa. Powieść podzielono na trzy części, z czego każda (oprócz pierwszej) rozpoczyna się Interludium; czyli przedstawione są wydarzenia z teraźniejszości, a pozostałe rozdziały opowiadają jak do nich doszło. Dodatkowo, jak na tak krótką książkę, pani Golden wspomina o naprawdę wielu wydarzeniach. W sumie nic dziwnego, Arthas jest według mnie bardzo bogatą w doświadczenia postacią w uniwersum. Jedyne co mi się nie podoba to to, iż historie z Warcrafta III: Reign Of Chaos i The Frozen Throne, są takie ubogie w szczegóły. Fajne jest również to, że na samym początku są zamieszczone mapki, przedstawiające miejsca, gdzie dzieje się fabuła.

Ogólnie rzecz biorąc książka Christie Golden jak zwykle wgniotła mnie w podłogę. Tym bardziej, że Arthas, Król Lisz, jest moją ulubioną postacią ze świata Warcrafta. Niezaprzeczalnie jest bohaterem tragicznym, który chciał dobrze, ale wyszło jak zawsze i stał się jednym z największych złodupców Azeroth. Powieść bardzo polecam, zarówno osobom nowym w uniwersum, jak i starym wyjadaczom Warcrafta. Czytając epilog, dosłownie się popłakałam. Z jednej strony wzruszyły mnie opisane w nim wydarzenia, a z drugiej strony było mi smutno, że to już koniec książki. No, ale z dobrymi lekturami tak jest; kończą się zbyt szybko. Moja ogólna ocena to 9/10. Następne w kolejce będą "Zbrodnie wojenne", również spod pióra Golden. Przyznam szczerze, że przeczytałam 6 rozdziałów i już mi się podoba.

AUTOR: Christie Golden
WYDAWNICTWO: Insignis
ROK WYDANIA: 2017
NUMER ISBN: 978-83-65743-25-1
SUGEROWANA CENA: 39,99 zł
PRZEKŁAD: Dominika Repeczko
OCENA: 9/10

sobota, 20 maja 2017

Gazety i panterka na paznokciach? Czemu nie!

Witajcie! Jak wiecie mój blog nie jest z gatunku modowo-kosmetycznego, ale nie mogłam się powstrzymać przed napisaniem tego posta. Na mojej stronie na Facebooku możecie znaleźć album z paznokciami mojego autorstwa. Nie są one może idealnie wykonane, ale wiele osób pytało mnie o kilka z nich, jak je zrobić i dzisiaj postaram Wam się to przybliżyć. W końcu jestem kobietą i jak każda kobieta uwielbiam kosmetyki oraz piękne paznokcie. Zaczynajmy!

1. GAZETY

Gazety na paznokciach? No pewnie! Wyglądają pięknie, a wykonanie jest banalnie proste. Wystarczy tylko kilka prostych kroków, by uzyskać delikatny, ale bardzo ciekawy manicure. Po pierwsze:
  •  Gazetę tniemy na niewielkie kawałki - muszą to być kawałki na tyle duże, żeby pokryły całą płytkę paznokcia. Pamiętajcie też, że musi to być gazeta na delikatnym papierze, coś typu Wyborcza albo Fakt. Kolorowe czasopisma się nie nadają!
  •  Malujemy paznokcie ulubioną odżywką - ten punkt oczywiście można pominąć, zależy to od Was, ja osobiście nie wyobrażam sobie malowania paznokci bez wcześniejszego nałożenia odżywki.
  •  Nakładamy dwie warstwy jasnego lakieru - jeśli zależy Wam na "naturalnych" gazetach polecam wybranie białego albo beżowego lakieru, ale zawsze możecie zaszaleć i użyć miętowego lub jakiegoś ładnego pastelka.
  • Pocięte kawałki gazety maczamy w alkoholu - za pomocą pęsety namoczcie gazetę w alkoholu, ja do tej czynności użyłam wódki.
  • Namoczone kawałki przyłóżcie do paznokcia i lekko dociśnijcie - ale nie za mocno, ponieważ wtedy papier przyklei Wam się do płytki.
  • Na koniec pokryjcie całość warstwą bezbarwnego lakieru albo ulubionego top coat'u.
 

2. PANTERKA

Panterka jest to już odważniejsza opcja dla osób cierpliwych, lubiących wyzwania. Idealna na jakieś imprezy. Prawdę mówiąc, im bardziej krzywy wzór, tym realniej on wygląda. Zaczynajmy:
  • Malujemy paznokcie ulubioną odżywką.
  • Malujemy paznokieć kolorem bazowym - może być to każdy dowolny kolor tak naprawdę, zależy od Was czy wolicie jak najbardziej realną panterkę czy zaszalejecie z kolorami.
  • Innym kolorem robimy niewielkie kropeczki/plamki na paznokciu - postarajcie się, żeby plamki nie były zbyt idealne, oczyśćcie pędzelek z nadmiaru lakieru i zróbcie parę fantazyjnych kleksów.
  • Sondą albo wykałaczką obrysujcie plamki z dwóch stron - ale ich nie łączcie! Do tego najlepiej nadaje się czarny lakier, bez względu na to jakie kolory wybraliście wcześniej. Puste przestrzenie wypełnijcie malutkimi kropeczkami, ale nie róbcie tego zbyt dużo i zbyt gęsto.
  • Całość pokryjcie bezbarwnym lakierem lub top coat'em.


  Voilà! 

Mam nadzieję, że post Wam się podobał i moje rady przydadzą się Wam. Napiszcie czy spróbujecie odtworzyć podane przeze mnie propozycje zdobień. Może niedługo znowu pojawi się paznokciowy post... Lecę jeździć na rowerze. A Wy jak spędzacie wolny czas? Jesteście aktywni? Życzę udanego i słonecznego weekendu! 💜


    wtorek, 9 maja 2017

    Motionless In White - Graveyard Shift - recenzja.

    Jak dawno mnie tu nie było, matury robią swoje, ale mini recenzja płyty zawsze spoko.

    Hej! Nie wiem czy wiecie, ale 5 maja miał premierę czwarty, studyjny album Motionless In White - Graveyard Shift. Płytę zapowiadał jako pierwszy singiel "570", który swoim brzmieniem bardzo przypomina pierwszy album zespołu, Creatures. W późniejszym czasie mogliśmy jeszcze przedpremierowo posłuchać numerów takich jak "LOUD (Fuck It)""Eternally Yours" oraz "Rats". Ogólnie rzecz biorąc krążek bardzo mi się podoba, ponieważ nie wszystkie zawarte na nim piosenki to takie typowe "walenie w gary". Mamy tu parę spokojniejszych pod tym względem utworów (aczkolwiek nadal są to numery z pazurem) i to właśnie one są moimi faworytami na tym albumie. Szczególnie utwór "Untouchable" przypadł mi do gustu. Jest on dla mnie swego rodzaju kontynuacją piosenki "Unstoppable" z poprzedniej płyty chłopaków - Reincarnate. Dodatkowo wokalista Chris Motionless, dużo więcej partii śpiewa, niż "drze mordę", co dla mnie jest ogromnym plusem. W epickim numerze "Necessary Evil" (który również jest jednym z moich ulubionych) gościnnie swego głosu użyczył wokalista zespołu KoRn - Jonathan Davis. Na koniec dodam, że utwór "Voices" według mnie idealnie nadaje się na koncerty, myślę, że świetnie porwałby publikę do zabawy, ale to tylko moje osobiste przemyślenia. Ogólnie album oceniam na mocne 8/10. Coraz bardziej kocham Motionless In White za melodyczność i ład w ich kompozycjach, których brakowało mi na wyżej wspomnianym albumie Creatures. Chłopaki, zmierzacie w dobrym kierunku, tak trzymać! Serdecznie zachęcam do zapoznania się z tym albumem, można go przesłuchać w całości na oficjalnym kanale zespołu na YouTube - playlista


    wtorek, 11 kwietnia 2017

    Christie Golden - DUROTAN - recenzja.

    W świecie Draenoru silny i niezależny Klan Mroźnego Wilka musi mierzyć się z coraz surowszymi zimami i malejącą populacją raciczników. Kiedy na Grani Mroźnego Ognia pojawia się tajemniczy Gul’dan i roztacza przed Wilkami wizję nowych, wspaniałych terenów łowieckich, wódz klanu, Durotan, staje przed niezwykle trudną decyzją – porzucić terytorium, dumę i tradycje klanu czy poprowadzić swój lud w nieznane?


    "Durotana" dostałam w prezencie, od mojej mamy. Kiedy wróciłam ze szpitala do domu, w moim pokoju ujrzałam to cudo. Ucieszyłam się niezmiernie, książek nigdy dość i od razu się wzięłam za czytanie. Ostrzegam, że nie będzie to taka typowa recenzja, raczej moje osobiste przemyślenia.


    Ogólnie rzecz biorąc, miałam lekkie obawy co do tej powieści, ponieważ teoretycznie temat jest taki sam jak w "Narodzinach Hordy". Dodatkowo obydwie książki są autorstwa Christie Golden. Mimo wszystko, opisane historie są całkowicie odmienne. Z jednej strony fajnie, bo bez sensu gdyby wydali dwie właściwie identyczne książki, z drugiej strony osoba nowa w uniwersum może się lekko pogubić. "Durotan" jest preqelem filmu "Warcraft: Początek" (sam film również doczekał się oficjalnej powieści o tym samym tytule). Jak wiadomo film to swobodna interpretacja reżysera, więc nie jest idealnym odzwierciedleniem gry, wiele osób uważa wręcz, że "Warcraft" Początek" jest bardzo słabą produkcją. Pewnie dlatego właśnie w "Durotanie" jest całkiem inna historia - swobodna interpretacja plus musi pasować do wydarzeń z filmu. 


    Ale koniec moich bezpodstawnych wywodów i domysłów. Skupię się na tym, dlaczego "Durotan" podobał mi się bardziej. Według mnie ta książka jest jakby dojrzalsza od "Narodzin Hordy". Nie jest taka cukierkowa, grzeczna. Gdyby książki były obrazami, "Narodziny Hordy" określiłabym jako kolorowa, wesoła, "Durotan" natomiast byłby w ciemnych barwach, niezwykle poważny. Nie będę nakreślać różnic między lekturami. Opowiedzenie o wydarzeniach w książce też jest dość trudne, ponieważ naprawdę dużo się tam dzieje - mamy wydarzenia od dzieciństwa głównego bohatera, poprzez tragiczne wydarzenia, które dotykają klan Mroźnego Wilka, aż do podróży Hordy na Azeroth.


    Sam język się nie zmienił, dalej mamy do czynienia poetyckimi opisami oraz uosobieniami. Ja uwielbiam krwawe sceny, zarówno w filmach jak i książkach, i w "Durotanie" jest kilka takich momentów, co bardzo mnie uradowało i sposób przedstawienia tych scen w pełni mnie usatysfakcjonował. Język jak zawsze bogaty, mocno realistyczne opisy. Jestem na tak. Historia wciągająca, dużo się dzieje dzięki czemu czytelnik się nie nudzi. 


    Prawdę mówiąc nie wiem co więcej powinnam napisać. Ogólnie rzecz biorąc bardzo pozytywnie oceniam książkę, niezwykle przyjemnie mi się ją czytało. Bardzo lubię takie lektury. Wybaczcie mi tak słaby wpis, nie mam ostatnio weny, a do stworzenia tej pseudo recenzji zbierałam się prawie miesiąc. 


    AUTOR: Christie Golden
    WYDAWNICTWO: Insignis
    ROK WYDANIA: 2016
    NUMER ISBN: 978-83-65315-39-7
    SUGEROWANA CENA: 34,99 zł
    PRZEKŁAD: Dominika Repeczko
    OCENA: 10/10
     
     
     

    sobota, 18 marca 2017

    Christie Golden - NARODZINY HORDY - recenzja.

    Zwę się Thrall.
    Słowo to oznacza "niewolnika" w języku ludzi, a historia, która kryje się za tym imieniem, jest bardzo długa i lepiej zostawić ją na inną okazję.

    Tymi słowami rozpoczyna się powieść autorstwa Christie Golden "Narodziny Hordy". Powód dla którego sięgnęłam po tę lekturę jest oczywisty. Mam wrażenie, że światy Azeroth czy Draenor, znam lepiej od własnego. 
    Historia nakreślona w książce Golden opowiada o wydarzeniach, które miały miejsce na długo przed filmem Warcraft: Początek. Powieść ta jest idealnym startem dla osób, które dopiero zaczęły swoją przygodę z uniwersum stworzonym przez Blizzard'a. Jeśli mam być szczera, to osobiście zaczęłam poznawać cały lore, jakby od tyłu i dopiero teraz tak naprawdę poznałam historię swojej ulubionej Hordy, ale nie tylko jej. Dowiedziałam się naprawdę sporo o różnych innych istotnych postaciach, niektóre fakty mnie mocno zaskoczyły. Już sam prolog tak mnie zaintrygował, że nie mogłam się oderwać od tej lektury. Jeśli jesteś nowy w świecie Warcraft'a, to powinna to być obowiązkowa książka na twojej liście - lepszego startu chyba nie będziesz miał. 

    Historia opowiada o dwóch, dobrze znanym graczom, rasach - draenei i orków.  Mamy tu ukazaną ucieczkę draenei z ich ojczyzny, gdy dwóch ich przywódców przeszło na usługi upadłego tytana - Sargerasa, króla Płonącego Legionu, zrzeszającego wszelkie demony. Ci, którzy odwrócili się od światłości zostali przemienieni w potwory, natomiast ci, którzy pozostali jej wierni z pomocą tajemniczych istot uciekli. Jednak dawni władcy nie zapomnieli o nich, pragnęli ich zniszczyć, ścigali draenei po innych światach. Dopiero w Draenorze znaleźli schronienie, sąsiadując z prymitywną rasą orków. Relacje między nimi były dość neutralne, handlowali ze sobą, nie wdawali się w konflikty, lecz ani jedni, ani drudzy nie pałali do siebie szczególną przyjaźnią. Niestety i tam w końcu odnalazł ich Płonący Legion, który wykorzystał klany orków do wybicia swych dawnych braci. By tego dokonać, demony przemieniły orków w spaczone, pragnące krwi istoty. W książce mamy do czynienia z postaciami proroka Velena, Kil'jaedena, Durotana, Ner'zhula, Gul'dana, Orgrima, Blackhanda, Groma Hellscreama czy nawet Medivha. Graczom te imiona są dobrze znane, nowym osobom powiem, że są to bardzo istotne postacie w uniwersum.

    Co mogę napisać o samej autorce: Christie Golden to wielokrotnie nagradzana autorka powieści science fiction i fantasy. Jest bardzo płodną pisarką, gdyż ma w swoim dorobku już ponad 40 książek! Stworzyła dwanaście powieści wydanych pod szyldem Star Trek. Golden namiętnie gra w World Of Warcraft - napisała dwa scenariusze do komiksów i kilka powieści rozgrywających się w tym uniwersum: Lord of the Clans (Władca klanów), Rise of the Horde, Arthas: Rise of the Lich King, The Shattering: Prelude to Cataclysm, Thrall: Twilight of the Aspects i Jaina Proudmoore: Tides of War (Jaina Proudmoore: Wichry wojny). Golden jest również autorką sagi StarCraft: The Dark Templar Saga, w ramach której ukazały się tytuły: Fistborn, Shadow Hunters oraz Twilight, a także Devils’ Due i Flashpoint. Christie Golden jest także autorką trzech z dziewięciu głównych powieści z serii Star Wars: Fate of the Jedi (Gwiezdne wojny: Przeznaczenie Jedi) we współpracy z Aaronem Allstonem i Troyem Denningiem – Omens (Znaki), Allies (Sprzymierzeńcy) oraz Ascension (Wniebowstąpienie). Jak widać pisarka nie próżnuje, brawa dla niej. 

    Sama książka jest bardzo ciekawie napisana - na początku każdego rozdziału mamy kilka słów od Thralla, syna Durotana i aktualnego przywódcy Hordy, dzięki czemu mamy wrażenie, że cała historia jest opowiadana właśnie przez niego. Według mnie był to świetny pomysł na urozmaicenie powieści, te dodatkowe przemyślenia kogoś, kto nie przeżył tych wszystkich wydarzeń i zna je jedynie z ustnych opowieści, sprawiają, że lektura jest jeszcze ciekawsza. Jak przystało na płodną autorkę, Golden używa w swym dziele bardzo bogatego języka, pięknych, wręcz poetyckich metafor, uosobień czy porównań, a opisy są niezwykle realistyczne. Czasem można się wręcz w nich zatracić, wtedy człowiek ma wrażenie, że sam bierze w nich udział. Treść nie nudzi i widać, że pisarka ma ogromną widzę na poruszony temat. Dawno z taką przyjemnością nie czytałam książki, jest lekka w odbiorze mimo wielu informacji w niej zawartych. Dla mnie jest to istna perełka na półce.

    AUTOR: Christie Golden
    WYDAWNICTWO: Insignis
    ROK WYDANIA: 2017
    NUMER ISBN: 978-83-65315-96-0
    SUGEROWANA CENA: 39,99 zł
    PRZEKŁAD: Dominika Repeczko
    OCENA: 10/10
     
    Ta historia nie opowiada o Hordzie, jaką znacie dzisiaj, związku sprzymierzonych luźno orków, taurenów, porzuconych, trolli i krwawych elfów, ale o samych jej początkach, o pierwszej Hordzie. Jej narodzinom, jak przyjściu na świat każdego niemowlęcia, towarzyszyły ból i krew, a jej pierwszy krzyk oznaczał śmierć dla wrogów...
     
     

    piątek, 10 marca 2017

    FAREWELL... IT'S NEW BEGINNING.


    Time won't wait
    Lead your fate
    Never let go


    Blackout the sun
    Light nowhere
    Tell me you don't need it anymore

    Hold on, don't run
    Forever still yourself go on

    No bitter end

    There's hope for everyone
    'Cause every heart's the same
    To forgive what you have done
    The silent wish for a change
      
    Tymi pięknymi słowami pochodzącymi z utworu "No Bitter End" Tarji Turunen rozpoczynam dzisiejszy post. Będzie on o mnie samej. Dlaczego? W moim życiu zaszło ostatnio wiele zmian, niektóre pozytywne, inne... niekoniecznie. Nie skupię się jednak na użalaniu się nad sobą, wręcz przeciwnie - zamierzam opisać, jak te wszystkie wydarzenia, wpłynęły pozytywnie na mój światopogląd. 

    Wszystko zaczęło się od rozstania z ukochanym. Nie będę opowiadać o przyczynach, które do tego doprowadziły, jednak muszę zaznaczyć, że było mi bardzo ciężko podjąć tą decyzję, nie należała ona do łatwych. Jak na ironię losu, stało się to przed feriami zimowymi, podczas których siedziałam w domu na antybiotykach. Jak się pewnie domyślacie miałam duuużo czasu na myślenie i wspominanie, co niekoniecznie dobrze wpływało na mnie samą. Przestałam się uśmiechać, nie miałam ochoty na rozmowę z nikim, nie chciało mi się grać, czytać czy słuchać muzyki. Nawet sesja zdjęciowa z przyjaciółką pomogła jedynie na chwilę oderwać się od szarej i ponurej rzeczywistości. Byłam jak duch, bez życia. Postanowiłam wtedy zrobić coś dla siebie, by lepiej się poczuć i przeszłam na dietę oraz zaczęłam robić ćwiczenia. Dopóki nie wróciłam do szkoły, wprost katowałam się ćwiczeniami, prawie przy tym nie jedząc. Nie polecam. Kiedy zaczęły się zajęcia, trochę zwolniłam tępo, zaczęłam racjonalniej się odżywiać, ćwiczyłam mniej, ale skuteczniej i nie padałam potem bez sił na łóżko. Moje wysiłki przyniosły efekty - straciłam 5 kg w 4 tygodnie. Teraz zmieniłam trochę swój program treningów, nie trzymam już tak bardzo rygorystycznej diety, ale dalej idę do przodu. Mam cel i zamierzam dążyć do niego wytrwale, nie ważne ile czasu i pracy on pochłonie. 

    Kolejny mój krok do wewnętrznego "odrodzenia" się nie jest, aż taki wielki, ale istotny dla mnie. Jutro czeka mnie wizyta u fryzjera, która całkowicie mnie odmieni. Włosy zostaną ładnie przycięte oraz skrócone, rozjaśnione i pomalowane na całkiem inny kolor, o którym marzę już od dłuższego czasu. Jestem tą zmianą niezwykle podekscytowana, nie mogę się jej doczekać. Będzie ona też dla mnie takim odcięciem się od przeszłości, stanie się nowym początkiem. Kiedy czuję się źle, zmieniam coś w swoim wyglądzie, czasem jest to tylko makijaż, a czasem, tak jak teraz, zmiana swojego ciała. I wierzcie mi, że to pomaga. 

    Jeśli mam być szczera, to z charakteru się nie zmieniłam ani troszkę. Dalej jestem tą samą osobą - żyjącą w swoim świecie marzycielką, lekko zagubioną, lecz miłą, troskliwą i ciepłą dla tych, którzy na to zasługują. To nie tak, że część ludzi uważam za VIP-y, nie. Jeśli ktoś jest dla mnie dobry, to i ja będę dla niego, jeśli jednak ktoś mnie mocno zranił, to niech nie liczy na szybkie przebaczenie i odnowienie relacji, bo to może nigdy nie nastąpić. Są sytuacje, gdzie nie ma miejsca na litość. 

    Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że mogę liczyć na wsparcie przyjaciół, zarówno tych, którzy są przy mnie od lat, oraz tych, stosunkowo "nowych". Pomagają mi słowem i czynami, a ja staram się jak mogę odwdzięczać się im tym samym. Pragnę też odnowić stare znajomości, które przez związek zaniedbałam. Smutek i żal nadal pozostają w moim sercu, ale staram się o tym nie myśleć i cieszyć się życiem. Staram się znaleźć czas na wszystkie, dawno porzucone zainteresowania, takie jak chociażby czytanie, pisanie oraz granie w Hearthstone'a.. Na blogu również przez miesiąc się nic nowego nie pojawiało, teraz wzięłam sobie za punkt honoru to naprawić. Dodatkowo nieubłaganie zbliża się koniec 4 klasy technikum, potem matura, ogrom obowiązków jest przytłaczający, ale daje z siebie wszystko, bo to jest aktualnie moim priorytetem.

    Jaki cel ma ten post? Sama nie wiem. Może po prostu potrzebowałam się wygadać, a może komuś z Was on pomoże pozbierać się po trudnych chwilach i znajdziecie sposób, by oderwać się od dołowania się? Mi pomogły ćwiczenia, dieta, powrót do hobby oraz przyjaciele. A jaki Wy macie sposób na smutki? Pamiętajcie, że człowiek jest kowalem własnego losu.

    Na koniec wstawiam moje ostatnie selfie, z dzisiaj, w czarnych, długich włosach.  :>

    Widziałam nasze umierające wspomnienia
    Myślałam, że nasze sny nie mają już znaczenia
    Ale one w moim sercu pozostały
    Malując kolory w ciemności
    Żegnaj, wiem, że moja miłość będzie trwała
    Będę czekać dopóki łzy nie znikną
    Żegnaj, wiem, że ta miłość będzie trwała
    Dopóki cisza nie powie "żegnaj"...




    niedziela, 5 marca 2017

    William King - ILLIDAN - recenzja

    NIE JESTEŚ GOTOWY 

    Niedzielne popołudnie, piękna pogoda za oknem - idealny moment na napisanie paru słów oceny o dziele Williama King'a "Illidan". Zapraszam.
    Illidan Stormrage jest jedną z najpotężniejszych istot, jakie kiedykolwiek przemierzały ziemie Azeroth. Pozostaje też z pewnością najmniej rozumianym z wielkich tego świata. Za jego legendą i tajemniczymi poczynaniami kryje się bowiem błyskotliwy umysł, którego plany i machinacje niewielu potrafi pojąć, a jeszcze mniej – im zaufać. Rozpoczyna się panowanie Illidana, dawno przezeń zasłużone, rozpoczyna się walka o sprawiedliwość. Jego rządy przeniosą na zupełnie nowy poziom intrygującą fabułę, oszałamiającą przygodę i heroizm bohaterów World of Warcraft, najlepiej sprzedającej się gry wideo wszech czasów.


    Dawno temu Illidan, nocny elf i czarownik, przeniknął w szeregi Płonącego Legionu, by powstrzymać inwazję demonów na Azeroth. Ale pobratymcy zamiast wychwalać go jako bohatera, nazwali Illidana Zdrajcą, kwestionując jego intencje po tym, jak nabrali podejrzeń, że pomaga władcom demonów.


    Przez dziesięć tysięcy lat gnił w więzieniu, oczerniony i osamotniony, ale nawet na chwilę nie zapomniał o swoim celu. A teraz Legion powrócił i tak naprawdę tylko jeden czempion może stawić czoła demonom. Uwolniony z pęt Illidan szykuje się do ostatecznej konfrontacji w obcym świecie Rubieży, zbierając armię spaczonych orków, wężowych nag, przebiegłych krwawych elfów i przemienionych łowców demonów. Nikt nie zna motywów kierujących jego krokami i tylko on rozumie, jaką cenę przyjdzie mu zapłacić za pokonanie wrogów wszelkiego stworzenia. Jak przed wiekami zostaje zaatakowany przez tych, którzy w jego planach widzą jedynie cyniczną pogoń za potęgą – w tym przez Maiev Shadowsong, która pilnowała go, gdy tkwił w więzieniu. Strażniczka Shadowsong i jej oddział nocnych elfów wyruszyli za Zdrajcą aż na Rubież, chcąc go ukarać, i nie zatrzymają się, póki Illidan nie trafi do więzienia… albo nie spocznie w grobie.

    Tak prezentuje się opis książki, który możemy przeczytać z tyłu okładki. Dlaczego sięgnęłam po tę powieść? Z oczywistych dla mnie powodów - uwielbiam lore Warcrafta i czuję ciągły niedosyt, głód wiedzy. Mimo godzin spędzonych na graniu, historia postaci Illidana Stormrage'a nadal pozostawała tajemnicą dla mnie. Dzięki tej książce dowiedziałam na się na jego temat naprawdę sporo, choć sam początek to po prostu spisane wydarzenia rodem z gier Warcraft III: Reign Of Chaos oraz Warcraft III: The Frozen Throne

    O samym autorze na Wikipedii możemy przeczytać, że jest brytyjskim pisarzem fantasy i science fiction, znanym z cyklów dzieł osadzonych w światach Warhammer, Warhammer 40000, Warcraft. Wieloletni współpracownik Games Workshop przy tworzeniu gier. Dalej jest niewielka wzmianka o jego życiu prywatnym - pobyt w Pradze, gdzie poznał swoją żonę oraz powrót do Szkocji - i spis wszystkich jego dzieł. "Illidan" to jak na razie pierwsza książka Pana King'a osadzona w lore Warcrafta, pisarz do tej pory skupiał się na świecie Warhammera. 

    Akcja powieści rozgrywa się na dobrze znanej graczom World Of Warcraft, Rubieży. Sama historia rozpoczyna się od uwolnienia Illidana przez kapłankę Tyrande Whisperwind, potem mamy pewien przeskok i nagle razem z bohaterem znajdujemy się w Dolinie Cienistego Księżyca (Rubież) podczas oblężenia Czarnej Świątyni. Ciekawe jest to, że pod każdym nowym rozdziałem mamy dopisek, na przykład: "6 lat przed upadkiem, 4 miesiące przed upadkiem, dzień przed upadkiem, upadek". Dzięki temu mamy lepsze spojrzenie na rozciągłość czasową książki. Powieść opisywana jest z punktu widzenia wielu osób, lecz nie w pierwszej osobie. Skupiamy się na dwóch głównych bohaterach - Illidanie i wspomnianej wyżej Maiev Shadowsong - oraz paru innych, troszeczkę mniej znaczących, ale nadal ważnych dla całej akcji. Głównym wątkiem całej powieści jest chęć powstrzymania Płonącego Legionu przez Illidana i jego armię, oraz zemsta Maiev na Zdrajcy. Mimo wielu przeszkód, tych dwoje wytrwale dąży do swych celów.

    Całość oceniam na mocne 8,5/10. Książka jest bardzo dobrze napisana, przyjemnie się ją czyta, jest dużo ciekawych opisów, zawiera bogate słownictwo oraz piękne metafory. Najbardziej podobały mi się jednak  uosobienia, typu "tańczące ostrza". Uwielbiam takie dzieła. Historia niezwykle mocno wciąga, ciężko się od niej oderwać. Gorąco polecam, również osobom, które jeszcze nie miały okazji zapoznać się z tym wspaniałym uniwersum. Aktualnie czytam najnowszą książkę wydawnictwa INSIGNIS, która miała premierę 15 lutego - "Narodziny Hordy", autorstwa Christie Golden. Również polecam, jej recenzja  pojawi się wkrótce.

    AUTOR: William King
    WYDAWNICTWO: Insignis
    ROK WYDANIA: 2016
    NUMER ISBN: 978-83-65315-57-1
    SUGEROWANA CENA: 39,99 zł
    GRAFIKA NA OKŁADCE: Clint Langley
    PROJEKT OKŁADKI: Scott Biel
    PRZEKŁAD: Dominika Repeczko
    OCENA: 8,5/10


    niedziela, 5 lutego 2017

    Keith R.A. DeCandido - Krąg Nienawiści - recenzja

    Witajcie! Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją książki "Krąg Nienawiści" autorstwa Keith R.A. DeCandido. Jest to historia z uniwersum Warcrafta, stworzonego przez Blizzard Entertainment. Cały lore jest naprawdę potężnie rozbudowany, a poznawanie go to czysta przyjemność dla miłośnika fantasy. Ten posta raczej długi nie będzie, postaram się ograniczyć tylko do nakreślenia Wam opisanej w książce historii, własnej oceny i może napiszę parę zdań, by wyjaśnić jak to się zaczęło. Zaczynajmy! 

    Płonący Legion został pokonany i wschodnie rejony Kalimdoru zamieszkują dwa narody - orki z Durotaru pod wodzą szlachetnego Thralla i ludzie z Theramore, którymi rządzi jeden z najpotężniejszych żyjących magów, lady Jaina Proudmoore.  

    Tak przedstawia się opis książki, niewiele on mówi o samej fabule. Fani Warcrafta z pewnością wiedzą czym jest Płonący Legion, Kalimdor, kim jest Thrall oraz Jaina. Na samym początku powiem, że opisana historia dzieje się rok przed grą World Of Warcraft, ale trzy lata po zakończeniu gier Warcraft 3: Reign of Chaos i Warcraft 3: The Frozen Throne. 

    Wszystko zaczęło się od Plagi nieumarłych, która ogarnęła Lordaeron. Nikt nie wiedział czym jest, ani kto ją zesłał. Tajemniczy Prorok, który wie, że dla tych ziem nie ma już ratunku, próbuje przekonać mieszkańców krainy do osiedlenia się w Kalimdorze. Swoje działania tłumaczy pragnieniem naprawienia błędów przeszłości. Najpierw udaje się on do Thralla, wspomnianego wodza orków. Dość szybko udaje mu się go przekonać do wyjazdu, ponieważ ork, będąc szamanem/wróżbitą, również wyczuł zbliżające się zagrożenie. Trochę trudniej było Prorokowi przekonać ludzkich przywódców. Władca Lordaeronu, król Terenas Menethil II, nawet nie chciał słuchać o wyjeździe, podobnie było z arcymagiem Antonidasem z Dalaranu oraz synem króla Terenasa, Arthasem.. Dopiero kiedy Plaga na dobre pochłonęła ziemie Lordaeronu, a książe Arthas Menethil dopuścił się potwornej rzezi na mieszkańcach i wyruszył do Northrend, Prorok ukazał się Jainie. Czarodziejka posłuchała jego rady, zebrała swych ludzi i popłynęła do Kalimdoru. Tam z początku ludzie i roki walczyli ze sobą, jednak Prorok, którym okazał się być potężny Strażnik Medivh, poinstruował ich, że jeśli chcą pokonać Legion, muszą się zjednoczyć. Potem, po wielu starciach, do Jainy i Thralla dołączyły Nocne Elfy oraz Taureni, rasy zamieszkujące Kalimdor. Wspólnie udało im się pokonać Płonący Legion, jednakże nie na długo. 

    W książce "Krąg Nienawiści" mamy do czynienia z powrotem pewnej starej organizacji. Zdrajcy, którzy pragnęli zniszczyć sojusz między ludźmi i orkami, znaleźli się po obydwu stronach konfliktu. Okazało się, że maczał w tym palce pomniejszy demon Zmodlor. W trakcie śledztwa, Jaina spotyka zamieszkującą Kalimdor matkę Medivha, Magnę Aegwynn. Czarodziejce udaje się przekonać była Strażniczkę do połączenia sił. Wspólnie wyruszają, by znaleźć Zmodlora i pokonać go. Udaje im się, a sojusz między ludźmi i orkami zostaje uratowany. 

    Myślę, że zdradziłam Wam o fabule więcej niż powinnam. Jak oceniam książkę? Jest miła w odbiorze, napisana dość prostym jak dla mnie językiem. Nie jest również jakoś bardzo porywająca, zawarte w niej zdarzenia nie mają większego wpływu na historie zawarte w grach, lecz myślę, że dla fana uniwersum Warcrafta będzie dość ciekawą lekturą. Grając w World Of Warcraft przyjemnie zwiedza się opisane w książce miejsca. Jest to krótka lektura, taka "na raz". 

    Już niedługo na blogu pojawi się więcej recenzji książek dotyczących lore Warcrafta, a na razie się z Wami żegnam. Miłej niedzieli ;) 


    czwartek, 26 stycznia 2017

    Z PAMIĘTNIKA MOLA KSIĄŻKOWEGO

    Hej, hej, hej! Moje ferie zbliżają się nieubłaganie szybko ku końcowi, więc mam coraz mniej czasu na blogowanie. Dzisiaj przychodzę do Was z postem, który będzie w pewnym sensie recenzją. Jako, że jestem niezłym książkoholikiem taki wpis wcześniej czy później musiał się tu pojawić. Pragnę Wam przedstawić parę naprawdę świetnych pozycji do czytania, lecz jednocześnie kilka skrytykować, opowiem również jak na przełomie okresu dorastania, zmieniał się mój gust. Należy wspomnieć, że jeśli chodzi o książki i muzykę, to jestem strasznie wybredna. Żeby było łatwiej podzielę post na trzy części: szkołę podstawową, gimnazjum oraz technikum. Zaczynajmy przedstawienie!

    1. SZKOŁA PODSTAWOWA

    Pamiętam, że w tamtym okresie nie rwałam się raczej do czytania. W drugiej klasie nasza wychowawczyni kazała założyć nam zeszyty, tzw: czytelniczki, gdzie były trzy kolumny - data, czas poświęcony na czytanie oraz podpis rodzica. Początki były ciężkie, również dlatego, że nie miałam w domu za bardzo książek, które jako dziecko mogłam czytać. Miałam elementarz oraz książeczki do nauki liczenia, ale ile można czytać to samo? W pewnym momencie czytałam nawet bajkę o chorym kotku, który leżał w łóżeczku. Jak się domyślacie, moje wyniki na tle klasy były bardzo słabe. Nie pamiętam jak to się stało, że mama zaproponowała mi kupienie nowej serii o Harrym Potterze. Wiem, że miałam troszkę kieszonkowego odłożone, resztę mi dołożyli rodzice i dziadkowie. Prawdę mówiąc, zgodziłam się, nie będąc do końca świadomą na co się godzę. Niedługo potem listonosz przyniósł mi do domu całą sagę i nagle zaczęło się wielkie czytanie. Po powrocie ze szkoły od razu brałam Harry'ego i siadałam wygodnie gdzieś w kąciku. Już parę dni później dołączyli do mnie rodzice. We trójkę wieczorami czytaliśmy nawet po kilka godzin. 

    Jakoś w klasach 4-6 zainteresowałam się "Nowymi przygodami Mikołajka", autorstwa René Goscinnego oraz Jean-Jacques'a Sempégo (ilustracje). Nieźle bawiły mnie pomysły głównego bohatera i jego kolegów. Szybko przebrnęłam przed dwa tomy, następne na celowniku były "Nieznane przygody Mikołajka". A wszystko dlatego, że w szkolnej bibliotece trafiłam na dużo straszą książeczkę o Mikołajku. Po tej krótkiej przerwie wróciłam do Pottera i dokończyłam sagę. Czemu zrobiłam przerwę? Przez filmy. Mimo wszystko z czystym sumieniem stwierdzam, że książki są DUŻO LEPSZE i polecam przeczytać je każdemu, kto choć trochę interesuje się chłopcem, który przeżył. Tutaj już chyba nie mam nic więcej do powiedzenie. Okres podstawówki pamiętam jak przez mgłę, więc chyba na tym zakończę. 


    2. GIMNAZJUM 

    W gimnazjum dość mocno się zmienił mój gust. Był to czas fascynacji wampirami, wilkołakami oraz czarownicami. Zaczęło się od "Pamiętników Wampirów" autorstwa L.J.Smith. Pierwszy tom dosłownie pochłonęłam. Spodobał się on nie tylko mi, razem ze mną czytywała "Pamiętniki" moja ciocia. Obydwie zachwycałyśmy się Eleną oraz braćmi Salvatore. Ale chwila - dlaczego główna bohaterka została uśmiercona już w pierwszym tomie?! I właśnie tu się wszystko zaczęło psuć. Druga część opowiadała o cudownym zmartwychwstaniu Eleny, jej magicznych skrzydłach mocy oraz polowaniu na lisiego demona z dziewięcioma ogonami, który w dodatku miał siostrę. Te skrzydła mocy były tak bardzo naciągane i z deka żałosne, ale przebrnęłyśmy z ciocią przez drugi tom. W trzecim to już normalnie autorka stworzyła jakieś sci-fi: bohaterowie przenieśli się do alternatywnego wymiaru. Magic! Już nie pamiętam co tam robili, w jaki celu, ale ja czytałam tom trzeci i czwarty i nie ogarniałam co czytam. Strasznie to było pogmatwane. Mimo że seria ma około 10 tomów (chyba), to ja kupować skończyłam już przy czwartym. Czy polecam? Średnio. A co z serialem? Oglądałam do połowy drugiej serii, ale od koleżanki wiem, że nie jest w ogóle nagrywany na podstawie książek. To dwie różne bajki. 

    Po nieszczęsnych wypocinach pani Smith, wzięłam się za "Wampiry z Morganville" autorstwa Rachel Caine. Saga ma 11 tomów, ale wierzcie mi - warto czytać. Książki nie nudzą, główni bohaterowie wiecznie mają ręce pełne roboty, a ich przeciwnicy są naprawdę świetnie wykreowani. Ale zaraz, zaraz... O czym opowiada seria? Claire Danvers idzie na studia do Morganville. Niestety, w akademiku jest prześladowana przez tutejszą królową - Monicę Morrell. Claire postanawia wynająć sobie coś w mieście. Tak oto trafia do domu Michaela Glassa, gdzie oprócz właściciela poznaje jego przyjaciół - Eve Rosser oraz Shane'a Collinsa. I właśnie od tej chwili zaczynają się dziać dziwne rzeczy, ale nie będę o nich pisać. Sami przeczytajcie. Naprawdę gorąco polecam. :)

    "Kroniki Rodu Drake'ów" to również jedna z moich ulubionych wampirycznych serii, autorstwa Alyxandry Harvey. 
      
    "Solange Drake jest pierwszą dziewczyną, która przyszła na świat w rodzinie wampirów. Od zawsze wiedziała, że jej przeznaczeniem jest zostać królową wszystkich wampirzych plemion. A to oznacza, że ze wszystkich stron grozi jej niebezpieczeństwo - od wampirów-zalotników pragnących pojąć ją za żonę, po łowców nagród, których zamiarem jest zgładzić Solange i całą jej rodzinę. Kiedy zostaje uprowadzona, jej starszy brat Nicholas i najlepsza przyjaciółka Lucy wyruszają jej na ratunek." 

    Solange ma aż siedmiu braci! Lucy żartobliwie mówi o nich "królewna Śnieżka i siedmiu głąbów". Jest najmłodsza z całego rodzeństwa. Ogólnie rzecz biorąc, cała seria opowiada jej przemianę w wampira (jeśli się nie mylę to do 16 roku życia była człowiekiem, podobnie jak jej bracia i dopiero potem przechodzi przemianę w wampira), czyhające na nią zagrożenia oraz niezwykłe, dziwne "rzeczy", które się z nią dzieją, albowiem Solange po przemianie wyrósł jej, na przykład, drugi rząd kłów.  Dodatkowo w każdym tomie mamy miłosną opowieść - w pierwszym tomie przedstawiony jest romans pomiędzy Nicholasem oraz Lucy, w drugim tomie jest przybliżona strefa sercowa Logana i tak dalej, od najmłodszego brata do najstarszego. Bardzo fajnie pomyślane, ponieważ nie mamy ciągle tylko o Solange. Kocham, kocham, kocham i jeszcze raz KOCHAM! Jedyne co mi się nie podoba to to, że ostatni tom serii nie został wydany w wersji papierowej. 

    "Dziewczyny z Hex Hall", autorstwa Rachel Hawkins, opowiada o szesnastoletniej Sophie Mercer, która przez swoją magiczną moc namieszała trochę na studniówce. Została za karę wysłana do poprawczaka dla wiedźm, wampirów i elfów - Hex Hall. Szybko dowiaduje się, że nie dawno doszło tam do morderstwa. I tu się zaczyna historia. Książka fajna, przyjemna w czytaniu, dużo humoru. Nie wiem co jeszcze... Jeśli ktoś lubi lekkie lektury to "Hex Hall" jest dla niego. Wyszedł również drugi tom, "Dziewczyny z Hex Hall - Diable Szkło", który jest dużo ciekawszy od pierwszej części. Polecam serdecznie na przygnębiające wieczory. 

    "Świat Nocy" to trylogia autorki "Pamiętników Wampirów". W tym przypadku jednak nie zawiodłam się. W każdej części przedstawione są historie trzech, niby różnych, bohaterów. Z każdym tomem te historie są coraz ciekawsze, aż w ostatnim wszyscy się nagle spotykają w chwalebnym celu. Ta seria tak strasznie mi się podoba, że czytałam ją już chyba trzykrotnie. Nie potrafię tego opisać, to należy samemu przeczytać. Gorąco polecam! 

    I na koniec zostawiłam kochanego wujka Riordana. Rick Riordan stworzył takie serie jak: "Percy Jackson i bogowie olimpijscy", "Kroniki Rodu Kane", "Olimpijscy Herosi", "Magnus Chase i bogowie Asgardu" oraz "Apollo i boskie próby", lecz tego jeszcze nie czytałam. Co mi się podoba w stylu Riordana? Nawiązanie do mitologii starożytnych. Każda seria oparta jest na innej - Jackson na greckiej, kroniki na egipskiej, Herosi na rzymskiej, Magnus na nordyckiej. Żeby było śmiesznej te wszystkie serie są połączone. Na przykład Annabeth, przyjaciółka i ukochana Percy'ego jest kuzynką Chase'a. I mimo tych samych nazwisk to nie skojarzyłam tego faktu. Jeśli nie lubicie się uczyć mitologii, to te serie są dla Was. Wystarczy, że przeczytałam Jacksona i z mitologii na języku polskim miałam celujący. Teraz moja marzenie się spełniło i Riordan zaczął pisać o mitologii nordyckiej - modlitwy zostały wysłuchane. W sumie, ciekawe czy zainteresowałby się mitologią słowiańską. Polecam pasjonatom mitów i legend starożytnej Grecji, Rzymu czy Egiptu. Dla mnie wujka Riordana nigdy dość. :)


    3. TECHNIKUM

     W szkole średniej powiem szczerze, że poszłam bardziej w kierunku fantasy. Skończyłam z wampirami. Jeśli chodzi o fantasy to przede wszystkim polecam książki Ilony Andrews oraz Petera V. Bretta. Andrews stworzyła razem z mężem takie perełki jak "Seria o Kate Daniels" (kocham, Kate jest najlepszą bohaterką na świecie) oraz "Na Krawędzi" i "Księżyc nad Rubieżą". Brett natomiast napisał sagę "Malowanego Człowieka", w skład której wchodzą po dwa tomy "Malowanego Człowieka", "Pustynnej Włóczni", "Wojny w Blasku Dnia" oraz "Tronu z Czaszek", łącznie daje nam to 8 tomów plus mały dodatek "Wielki Bazar. Złoto Brayana". Jestem w siódmym tomie, więc nie wiem jeszcze jak się to skończy, ale jeśli potrzebujecie pomysłów na rozprawkę na maturę to ta seria jest idealna. Ile ja już razy pisałam o Arlenie, czy Leshy... No, ale ogólnie to seria opowiada o świecie zdominowanym przez demony, zwane Otchłańcami. Ludzie po wielkiej wojnie zapomnieli o ochronnych runach, nie potrafię ich dokładnie rysować przez co demony przedzierają się przez bariery i... Arlen Bales po śmierci matki, którą zabił demon, ucieka od ojca do Wielkich Miast. Szanse na przeżycie w nocy ma zerowe. A jednak udaje mu się. Uczy się sztuki tworzenia runów, zostaje posłańcem, czyli śmiałkiem, który nie lęka się nocy. Następnie podróżuje do Krasji, gdzie w wyniku odkryć, można by rzec archeologicznych, poznaje starożytne runy wojenne oraz odnajduje Włócznię pradawnego wodza Krasji. Niestety, jego przyjaciel Jardir na widok broni, kierowany podszeptami żony Inevery, próbuje zabić Arlena jednakże, kiedy widzi, że to bezskuteczne, nieprzytomnego pozostawia na pastwę demonów na środku pustyni. Długo mogłabym pisać o tym jak Arlen wytatuował swoje ciało w runy, jak stara się przekazać poznaną wiedzę pozostałym ludziom z Zielonych Krain oraz o najeździe i podbojach Krasjan. To po prostu trzeba przeczytać.

    Kate Daniels to najemniczka, jednak jej przygody są tak genialne, że nie będę robić spoilerów. Dam Wam tylko opis, który mam nadzieję zachęci Was do sięgnięcia po tą lekturę. To musi Wam wystarczyć, naprawdę gorąco polecam. :)

    "Technologia przeciw magii. Słowa kontra czary.
    Atlanta przyszłości. Arena walk magii i technologii. Wampirze hordy na usługach Panów Umarłych grasują po mieście.
    Kate Daniels – pyskata dziewczyna, w której żyłach płynie krew i magia – dowiaduje się o śmierci swojego opiekuna. Musi dokonać wyboru – komu zaufać, z kim współpracować. Spojrzeć w oczy Władcy Bestii i dołączyć do Gromady? Wejść w układ z kotołakami i szczurołakami?
    Ofiara woła o pomszczenie, krwawa zagadka o rozwikłanie" 






    Pozostałe książki widoczne na zdjęciu wyżej to pozycje na mojej liście, z którymi zamierzam się dopiero zapoznać. Parę osób w mojej rodzinie je czytało i mówią, że są naprawdę dobre i godne polecenia. Są to: Olga Gromyko "Rok Szczura", L.A.Weatherly "Trylogia anioła" oraz Kathleen Duey "Wskrzeszenie magii". Czytaliście je? Jeśli tak to napiszcie czy warto się z nimi zapoznać. Ode mnie to tyle na dziś. Wiem, że post bardzo długi, ale na temat książek mogę gadać i pisać godzinami. Mam nadzieję, że się on Wam spodobał. Kto wie, może pójdziecie za moją radą i przeczytacie polecone przeze mnie książki. Życzę Wam miłego popołudnia. :) 

    P.S. Jak podoba się nowy wygląd bloga? :)



    The play is done
    The curtain`s down

    All the tales are told
    All the orchids gone
    Lost in my own world
    Now I care for dead gardens